Przejdź do głównej treści Przejdź do wyszukiwarki
Szkoła Podstawowa nr 9 im. Włodzimierza Puchalskiego w Suwałkach

Morusy Włodzimierza Puchalskiego

       „Każdej wiosny okolice, gdzie Biebrza wpada do Narwi, zamieniają się w ogromne rozlewiska. To nadnarwiańskie wiosenne morze potrafi zaszokować, zafascynować każdego. Krótkotrwałość tego wspaniałego epizodu jeszcze bardziej wzmaga wrażenie, wywierane na obserwatorze. Bowiem owe masy wód zalewające okoliczne łąki i pola płyną przecież nieustannie i choć jest to niemal niedostrzegalne dla oka, odchodzą korytami rzek w swym odwiecznym dążeniu ku morzu. Krajobraz więc zmienia się z dnia na dzień i tam, gdzie jeszcze wczoraj lśniła błękitno-seledynowa powierzchnia bezkresnych wód, dziś już zielenieją łąki, które może pojutrze eksplodują złotem kwitnących kaczeńców”.

       Tak pisał Włodzimierz Puchalski o okolicach Morus we wstępie do swojego albumu Na rozlewiskach Biebrzy i Narwi. Wielki przyrodnik, wyśmienity fotograf i filmowiec odnalazł maleńką, podtykocińską wioskę w 1948 roku. Przyjeżdżał potem do niej z początkiem każdej wiosny zafascynowany nie tylko urodą okolicznych krajobrazów, lecz także bogactwem flory i fauny nadnarwiańskich mokradeł. Nieprzebrane stada ptaków i liczne gatunki czworonożnej zwierzyny dostarczały mu wielu tematów do przyrodniczych filmów i fotografii. Rokrocznie prowadził wśród trzcin i oczeretów wielkie, „bezkrwawe łowy” (jak sam mawiał) na bobry, łosie, sarny, bojowniki, kulony czy płaskonosy.

    Początkowo przez kilka kolejnych lat Puchalski zatrzymywał się  u miejscowych gospodarzy, potem kupił 200-letnią, drewnianą chatę, krytą słomianą strzechą. Odtąd spędzał w Morusach znacznie więcej czasu. Już nie tylko polował z kamerą na zwierzynę, ale urządzał swoją samotnię, wyposażył ją w stare sprzęty, nieużywane od dawna, przystosowywał do zamieszkania o każdej porze  roku. Z czasem w Morusach zaczęła pojawiać się piękna pani Alana – żona pana Włodzimierza, potem ich córka, niekiedy przyjeżdżał ktoś z przyjaciół.

Aż nastał rok 1979. Włodzimierz Puchalski popłynął na Antarktydę. I już nigdy z niej nie powrócił. Zmarł nagle na Wyspie Króla Jerzego i tam go pochowano. Chata w Morusach została bez właściciela. Wprawdzie przeszła ona w ręce pani Alany Puchalskiej, ale doglądanie przez nią z odległego Krakowa chatki, wymagającej stałej pieczy, było właściwie niemożliwe.    Nie wiadomo więc, jak potoczyłyby się jej losy, gdyby nie mieszkańcy pobliskiego Tykocina – Alicja i Czesław Matusiewiczowie. Przyjaźnili się oni z Włodzimierzem Puchalskim i nie mogli patrzeć, jak niszczeje jego ulubiona samotnia. Chcieli – zgodnie zresztą z życzeniem pani Alany – aby pozostała ona w niezmienionym stanie i pełniła funkcję mikromuzeum prezentującego dorobek wielkiego przyrodnika.

       Chatka wyśmienicie się do tego nadawała. Była wszak obiektem zabytkowym – starą podlaską chatą. Znajdowały się w niej przedmioty używane na co dzień przez wybitnego człowieka oraz jego albumy, fotogramy, zbiory etnograficzne. Państwo Matusiewiczowie starali się więc zainteresować swoim pomysłem władze gminy i województwa, a jednocześnie zadbali, aby chatka zachowała dawny wystrój, by nic nie zginęło, dokonywali drobnych napraw, udostępniali ją do zwiedzania nielicznym w tych stronach turystom. Gdy pokrycie, nadwerężone czasem, zaczęło przeciekać i domostwu groziło zniszczenie, podnieśli alarm, który przyniósł właściwy odzew władz gminnych i wojewódzkich.

      Minęło znowu kilka lat i nadszedł rok 1995, kiedy to pani Alana postanowiła sprzedać wiejską posiadłość swojego męża. Kupili ją Teresa i Marek Bożymowscy z Warszawy. Nowi właściciele, przeprowadzając remont, postarali się, aby nie straciła ona pierwotnego charakteru. Nadal znajdują się w niej stare sprzęty i zbiory etnograficzne gromadzone przez Włodzimierza Puchalskiego, jego albumy, obrazy pędzla jego żony. W dalszym ciągu turyści mogą je oglądać, jeśli zwrócą się do państwa Buraczewskich – właścicieli gospodarstwa agroturystycznego „Ostoja” usytuowanego po sąsiedzku – którzy przechowują klucze od chaty Puchalskiego.

     Dawny właściciel nie poznałby jednak swojego gospodarstwa. Stara, podlaska chata bardzo zmieniła się po renowacji, nie ma już na niej bocianiego gniazda, po zabytkowej stodółce nie pozostał żaden ślad, inaczej wygląda przydomowy ogródek, wysechł staw, w którym pan Włodzimierz hodował dzikie kaczki i fotografował żaby w czasie wiosennych godów.

Tym bardziej nie poznałby swojej ulubionej wioski. W dzisiejszych Morusach nie ma już słomianych strzech, nie skrzypią studzienne żurawie, w miejscach drewnianych chałup wyrosły murowane budynki. Zmieniły się też nadnarwiańskie moczary. Zostały dokładnie osuszone, niestety przy tej okazji zniszczono wiele rzadkich gatunków zwierząt i roślin. Od dziesiątków lat przyrodnicy ostrzegali przed likwidacją bagien i regulacją rzek. Ostrzegał także Włodzimierz Puchalski.

    W Tykocinie, leżącym nieopodal Morus, znajduje się ulica Włodzimierza Puchalskiego, a przy moście na Narwi postawiono pomnik wielkiego przyrodnika, wyrzeźbiony w drewnie w 30. rocznicę jego śmierci. Znak to, że pamięć o nim zbyt szybko nie wygaśnie, przynajmniej w tych okolicach.

Morusy Włodzimierza Puchalskiego

Utworzono dnia 06.01.2017, 21:36

Zegar

Kalendarium

Rok wcześniej Miesiąc wcześniej
Grudzień 2018
Miesiąc później Rok później
Pon Wt Śr Czw Pt Sb Nie
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31 1 2 3 4 5 6

Imieniny